Grzybnia

19 października 2023

"Grzybnia" - Aleksandra Zielińska

Udostępnij post
Grzybnia

„Grzybnia” najzabawniejsza i najsmutniejsza powieść Aleksandry Zielińskiej. Pełna magicznego realizmu opowieść o rozpadających się rodzinnych więzach, potrzebie bliskości i pocieszeniu, które nie zawsze znajdujemy od razu.

W ŻYCIU, DO KTÓREGO PRZECISKAJĄ SIĘ SNY, PRZYJACIELE MUSZĄ TRZYMAĆ SIĘ RAZEM. NA DOBRE I NA ZŁE, AŻ DO KOŃCA ŚWIATA.

Kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej, gałganiarze zawsze razem. Czworo przyjaciół z dzieciństwa, a jedno za drugim skoczyłoby w ogień. Po nagłej śmierci Filipa reszta zaczyna rozumieć, że psoty się skończyły i po trzydziestce trzeba będzie dorosnąć po raz drugi. Coś się urywa, coś się zaczyna, ale może jeśli mocno zacisnąć powieki, to rzeczywistość przestanie być taka straszna?

Spotkanie w rocznicę śmierci Filipa będzie dla gałganiarzy pobudką z dziwnego snu, z którego wpadną w kolejny, jeszcze dziwniejszy. Do Ziemi zbliża się kometa, w jeziorach pływają meduzy, dzikie zwierzęta wchodzą do miast, a po biegnących pod ziemią nitkach grzybni rozchodzi się podskórne drżenie.

Tajemnicza, zachwycająca, prawdziwa. Zazdroszczę tym, którzy jeszcze jej nie czytali.

Jakub Małecki

To powieść o nas tak bardzo współczesnych – o lęku przed śmiercią, nieumiejętności bycia razem, samotności. Czy dająca nadzieję? To już trzeba odkryć samemu. Zielińska zastanawia się nad tym, co ludzi dzisiaj łączy. Czy między nami jest matnia, czy grzybnia? Efekt tych rozważań to dzieło dojrzałe i wciągające, a jego autorka potwierdza swój status jednego z najciekawszych głosów w polskiej literaturze.

Wojciech Szot
Fragment książki „Grzybnia”
Bal gałganiarzy

Każde wyrusza ze swojego miejsca, nitkę za sobą ciągnąc i wprowadzając inne w rezonans. Zuzanna idzie boso po kamiennych schodach, prosto do przystani. Kaliban otwiera drzwi taksówki i od razu nie podoba mu się ani taksówka, ani kierowca. Zdenka wpatruje się w witrynę osiedlowego sklepu spożywczego i próbuje sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadła kokosowe draże. Kostia dotyka zasinionej powieki i w duchu cieszy się, że chociaż łuk brwiowy przestał krwawić. Pierwsza rocznica, odkąd nie ma Filipa.

Życie.

Zuzanna idzie boso po kamiennych schodach, prosto do przystani, choć „przystań” to za duże słowo do opisu krótkiego mola ze zbutwiałych desek. Trzeba wiedzieć, gdzie stanąć, żeby nie wylądować na jednej z nich, bo molo rozewrze szczęki i połknie aż do łydki, kolana albo brody, czego Zuzanna przecież się obawia. Zuzanna bardzo nie lubi ani jeziora, ani zepsutego mola. Filip miał się tym zająć, Filip miał wszystko wymienić na wiosnę, ale wiosna zdążyła nadejść, przejść, zmienić się w lato, a Filipa nie ma. Zuzanna będzie musiała zająć się remontem sama albo usiądzie na brzegu jeziora i popatrzy, jak molo butwieje i stopniowo znika pod powierzchnią wody.

Potem zniknie dom, myśli sobie Zuzanna, i kto wie, może nawet ona sama.

Wspaniałe perspektywy, dodaje w duchu i już chce uciekać od tego jeziora, ciemnego, połyskującego jak rtęć, gdy jej wzrok przykuwają białe brzuchy martwych ryb.
Kaliban otwiera drzwi taksówki i od razu nie podoba mu się ani taksówka, ani kierowca. W myślach denerwuje się na asystentkę, którą nazywa „Kaśką” tak jak wszystkie poprzednie, niezależnie od pierwotnych imion. Ona, Kaśka, nie była w stanie załatwić niczego lepszego, choć powinien się cieszyć, że udało się załatwić cokolwiek. Po wsiach jeździ się tym jednym jedynym autobusem bez rozkładu jazdy, a nie ma pretensje, że taksówka to prywatny samochód kolegi znajomego, który dorabia, gdy trzeba kogoś odebrać z dworca.
Kaliban siada na tylnym siedzeniu i sądzi, że to wystarczający znak, że nie jest zainteresowany rozmową, ale myli się boleśnie, gdyż kolega znajomego od razu wyjeżdża z mocno spersonalizowaną opowieścią, jak gdyby doskonale wiedział, kogo wiezie. Na zewnątrz wieje, od pyłków Kalibanowi zaczynają łzawić oczy, nawet to szklane, więc prosi o zamknięcie szyb, które chwilę wcześniej pospiesznie otwierał, próbując rozwiać wyimaginowany zapach, jaki go nie opuszcza. Ciągle ma wrażenie, że jego ciało roztacza odór ryb, wybranych z morza nad ranem, gdy pierwsze fale przypływu omywają brzegi wyspy. Dzwoni mu w uszach.

Wszystko źle, wszystko najgorzej.

Zdenka wpatruje się w witrynę osiedlowego sklepu spożywczego i próbuje sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadła kokosowe draże. Podejrzewa, że mogło to być dawno, a nawet bardzo dawno temu, celuje w święta Bożego Narodzenia, które spędzała z bratem i ojcem, a ojciec przynosił w kieszeniach
korsarze i myślał, że wystarczą. Wcześniej wystarczały, bo dzieci nie miały dużych wymagań, ale gdy dorosły, wiele się zmieniło. Po egzaminach na doktorat to te draże stanęły jej w gardle, prawie się zakrztusiła, a potem zwróciła je na dywan u ojca w salonie i wcale nie było jej wstyd, bo zdała, co miała zdać, i mogła wyprowadzić się z domu na zawsze. Przez chwilę kusi ją, żeby wejść do osiedlowego sklepu, kupić batonika, czekoladę, choćby te durne draże, byle z cukrem, byle dużo, ale sklep zaraz się zamknie. Widać w środku sprzedawczynię, która nerwowo spogląda na Zdenkę i ostentacyjnie liczy pieniądze w kasie. Jeszcze kilka minut do końca zmiany, a niektórzy ludzie mają po co wracać do domu. Zdenka zaczyna się denerwować, znajduje w kieszeni mycelium – cukierki z melisą i żeń-szeniem, słodzone niemodyfikowaną genetycznie stewią, ostatni krzyk mody z adaptacyjnej oferty Panaceum. Ma nadzieję, że ją pobudzą i uspokoją naraz. Przez chwilę waży cukierki w dłoni, ale wie, że przegrała. Sprzedawczyni liczy pieniądze coraz szybciej, mierząc się ze Zdenką wzrokiem, kto pierwszy, ten lepszy. Zdenka w ostatniej chwili wchodzi do sklepu.