Sobowtór

11 października 2023

"Doppelgänger. Sobowtór"

Udostępnij post
Sobowtór

„Doppelgänger. Sobowtór” Andrzeja Gołdy i Katarzyny Rygiel to szpiegowska powieść inspirowana historiami agentów specjalnych PRL, którzy kradli cudzą tożsamość, budując na tym fałszywe relacje i swoją karierę wywiadowczą.

Hans zjawia się w Strasburgu na przełomie lat 70. i 80. i wkracza w życie rodziny Steinerów jako odnaleziony po trzydziestu latach syn. Jego historia brzmi przekonująco: zaraz po wojnie został oddany w Polsce do adopcji i dopiero niedawno poznał prawdę o sobie.

Dzięki protekcji wuja Hans znajduje pracę w Parlamencie Europejskim, zakochuje się i urządza sobie nowe wygodne życie na „zgniłym” Zachodzie. Siermiężny i opresyjny PRL wydaje się już tylko odległym wspomnieniem.

Ale to właśnie tam i w tym samym czasie niejaki Jan Bitner z Gdańska dowiaduje się, że jako dziecko został adoptowany, a jego biologicznymi rodzicami byli radziecki oficer i Niemka, którą po wojnie wysiedlono z Polski. Od tego momentu Jan za wszelką cenę próbuje rozwikłać zagadkę swojego pochodzenia.

Równoległe życiorysy Hansa i Jana zaczynają zbliżać się do siebie, gdy pierwszy z nich prowadzi niebezpieczną wywiadowczą grę, a drugi odkrywając swoją tożsamość, staje się śmiertelnym zagrożeniem nie tylko dla swoje – go „sobowtóra”, ale i dla samego siebie.

Przejmująca opowieść o kradzieży, utracie i poszukiwaniu tożsamości, których doświadczają główni bohaterowie. Ich dramatyczna historia osobista rozgrywa się na tle burzliwej, ale dla mnie niezwykle pociągającej wielkiej historii – Sierpnia ’80, czasu stanu wojennego i transformacji. Niesamowite, że mimo upływu lat dylematy moralne i wybory, przed którymi stanęli bohaterowie, są na powrót aktualne.

Jan Holoubek

Film „Doppelgänger. Sobowtór” w reżyserii Jana Holoubka w gwiazdorskiej, międzynarodowej obsadzie, w kinach grany jest od 29 września.

Fragment książki „Doppelgänger. Sobowtór”:

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy jak ludzie, którzy dobrze się znają i darzą zaufaniem.
– Każda strona raportu to świadectwo bezprawia tej władzy. Świadectwo tego, co nam robią… – wyjaśnił Ostoja, jakby nie był pewien, czy młodszy mężczyzna na pewno to rozumie.
– Przekażę, komu trzeba.
Mimo tego zapewnienia profesor jeszcze się wahał. Wreszcie przesunął kopertę w stronę asystenta i przyglądał się, jak chowa ją do torby, opuszcza klapę i poprawia pasek na ramieniu. Wydawało się, że Ostoja miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, udzielić mu rady, a może ostrzec… Jednak i z tym zwlekał.
Dopiero kiedy odwrócił się w drzwiach, żeby się pożegnać stary wykładowca uśmiechnął się ze smutkiem.
– Na twoim miejscu bym tu nie wracał.
Mówił, jakby wiedział. Ale przecież nie mógł wiedzieć. Może tylko żałował, że nie jemu trafiła się taka okazja.

Z zamyślenia wyrwał go ruch, który dał się zauważyć w przedziałach. Zdusił niedopałek i wrzucił do popielniczki. Pojawiły się pierwsze zabudowania.

Pociąg zwolnił i w mroźnym powietrzu raz i drugi wybrzmiał donośny gwizd lokomotywy. Więc to już, przemknęło mu przez głowę. Zgorzelec. Granica z NRD. Pierwsza z trzech granic, które miał przekroczyć. Zdążył usiąść na swoim miejscu, gdy przed oczami mignął mu piętrowy, kanciasty budynek dworca z dużymi prostokątnymi oknami, nowoczesny, widać niedawno oddany do użytku, i pociąg wtoczył się na stację, na której roiło się od umundurowanych żołnierzy służby granicznej.
Patrzył na ich wyprostowane sylwetki, pozbawione wyrazu twarze i karabiny maszynowe na piersiach. Przysunął twarz do szyby. Dostrzegł psy. Owczarki niemieckie.
Z góry widział ich ciemne grzbiety i płowe boki. Obwąchiwały podwozie wagonu, szukając uciekinierów próbujących nielegalnie wydostać się z kraju.
Bezwiednie zacisnął i rozwarł dłonie. Odruch, nad którym nie potrafił zapanować. Niepokój towarzyszący mu od początku podróży jeszcze się wzmógł, ale kiedy powiódł wzrokiem po twarzach współpasażerów, zrozumiał, że nie jest osamotniony. Oni także byli spięci, niepewni. Odkąd pociąg się zatrzymał, nikt nie powiedział słowa. Siedzieli w milczeniu kilka minut, z których każda wydawała się trwać i trwać. Ciszę panującą w przedziale przerywały jedynie doskonale słyszalne z zewnątrz komendy wydawane psom.

Wtem na korytarzu zrobiło się głośno.

Zadudniły podkute buty. Drzwi odsunięte zdecydowanym ruchem odskoczyły gwałtownie i do środka zajrzeli dwaj żołnierze w zielonych mundurach.
– Coś do oclenia? – Pierwszy patrzył na podróżnych z wyczekiwaniem. – Nic? Wyjść! – rozkazał krótko, więc wysuwali się po kolei, szybko, jakby chyłkiem, i ustawiali w szeregu w wąskim korytarzu. – Dokumenty!
Żołnierz oglądał je dokładnie, porównując zdjęcia i twarze, jakby każda z osób wydawała mu się podejrzana. W tym czasie drugi celnik omiatał światłem latarki ciemne wnęki pod siedzeniami. Kiedy skończył, zainteresował się bagażami upchniętymi ciasno na półce pod sufitem.
– Czyje to? Otworzyć! – wskazał skórzaną walizkę.
Jego walizkę.
Od zaciskania pięści rozbolały go stawy palców. Na miękkich nogach wrócił do przedziału. Zdjął ją i rozsunął zamek. Celnik bez przekonania zaczął przerzucać starannie poukładane ubrania i kosmetyki. Pod spodem natrafił na książkę, którą wertował przez nieznośnie długą chwilę.
Podróżny obserwował tę zabawę, z trudem zachowując obojętny wyraz twarzy.
Żołnierz chyba wyczuł jego napięcie. Podniósł wzrok znad szeleszczących kartek. Miał twarde, przenikliwe spojrzenie, przed którym nie było dokąd uciec. I ciężką dłoń, którą położył na jego piersi, żeby sprawdzić, czy serce nie bije zbyt szybko. Słyszał, że tak robią, ale w to nie wierzył, a teraz sam poddawany był takiej próbie. Żołnierz wsłuchiwał się w niego, dopóki celnik sprawdzający dokumenty nie dał znać, że czas zmienić przedział. Wówczas rzucił książkę na stertę ubrań w walizce i odszedł bez słowa, zostawiając go na granicy bezdechu.
Powoli wypuścił powietrze. Niewiele brakowało. Wytarł wilgotne ręce w spodnie i poprawił koszulę, która wysunęła się z nich, kiedy zdejmował walizkę. Czuł, że lepi mu się do pleców pod sztruksową marynarką. I pod kopertą z raportem profesora Ostoi, którą na pół godziny przed granicą wetknął za pasek spodni.

Pierwsze doświadczenie z celnikami dodało mu pewności siebie i dalsza podróż mimo przesiadek minęła bez przygód.

Z kopertą ukrytą pod marynarką przejechał przez Niemcy Wschodnie i przeszedł kontrolę na granicy z RFN, odczuwając zaledwie nieprzyjemny ucisk w żołądku. Tym razem żadnych palpitacji, trzęsących się dłoni, uczucia bliskiego paniki… Jak wszystko, także i to było kwestią treningu. Jeszcze kilka posterunków straży granicznej i widok umundurowanych żołnierzy nie robiłby na nim wrażenia.
Gdy z daleka dostrzegł pojedynczą gotycką wieżę katedry Notre Dame, o której Goethe pisał, „że swoim ciężarem wrosła w ziemię”*, i kilka minut później zobaczył
połyskliwą taflę Renu, wyznaczającego granicę między RFN a Francją, pomyślał z satysfakcją, że mu się udało. Wyrwał się w świat, o którym profesor Ostoja mógł tylko pomarzyć. „Na twoim miejscu bym tu nie wracał”, przypomniał sobie jego słowa. Nie powinien otwarcie o tym mówić. Pociąg wjechał na dworzec w Strasburgu. Nim oczy zdążyły przyzwyczaić się do półmroku, pod sufitem rozbłysło światło. Pasażerowie podnieśli się z miejsc. Zrobiło się tłoczno. On także wstał i sięgnął do góry po walizkę. Korzystając z zamieszania, niepostrzeżenie odsunął zamek z jednej strony i wsunął kopertę z raportem Ostoi do środka. Założył dwurzędowy trencz, który w Polsce uchodził za elegancki, ale nie mógł ochronić go przed zimowym chłodem, przewiesił przez ramię swoją podręczną torbę i wziął bagaż. Po chwili był już na korytarzu. Powoli przesuwał się do końca wagonu, przyglądając się kolorowym reklamom na peronie, umieszczonym w podświetlonych przeszklonych gablotach. Francuzki na plakatach były bardzo atrakcyjne i sprawiały wrażenie zadowolonych z życia. Patrzyły wprost na niego z uśmiechem, w którego szczerość mógłby uwierzyć, gdyby nie był pewien, że to zawodowy grymas mający zadowolić fotografa.

Wraz z innymi podróżnymi dotarł wreszcie do schodków i wydostał się z pociągu.

Rozglądał się zdezorientowany. Tłum pasażerów wciąż gęstniał. Wysiadający, których było coraz więcej, witali się z osobami czekającymi na peronie. Tylko nieliczni od razu kierowali się ku schodom wiodącym w dół, do podziemnego przejścia i być może do hali dworca.
U ich szczytu pojawił się nagle korpulentny mężczyzna dobiegający sześćdziesiątki. Zbliżał się szybkim krokiem, wypatrując kogoś wśród przyjezdnych.
– Hans? Hans! – zawołał z radością, kiedy ich spojrzenia się spotkały.
W pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować. Przytaknął niepewnie, z rezerwą, z jaką zawsze podchodził do obcych, ale mężczyzna, nie zważając na jego zachowanie, objął go i po ojcowsku przycisnął do piersi.
– To ja, Helmut – powiedział po niemiecku, wzruszony. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę.
– Dobrze cię w końcu poznać, wujku – odparł zaskoczony serdecznością człowieka, którego widział pierwszy raz w życiu.
Mężczyzna poklepał go po plecach i mimo protestów odebrał mu walizkę. Energicznym krokiem ruszył w kierunku schodów.
– Jak podróż? – pytał, lawirując między innymi podróżnymi, zmierzającymi w tę samą stronę.
– Wspaniale… – Przed oczami znowu stanęli mu żołnierze z psami i bronią gotową do strzału.
Nowo poznany krewny musiał usłyszeć w jego głosie szczególny ton, bo rzucił mu zaciekawione spojrzenie, a widząc, że nie zamierza powiedzieć nic więcej, dodał:
– Witaj w wolnym świecie.