Miałam przyjaciół w szkołach teatralnych, wiedziałam, co się tam dzieje. Wszyscy myśleliśmy, że „tak musi być”, że to w imię sztuki. – mówi Iga Dzieciuchowicz w rozmowie z Joanną Karp z Radia Łódź.
Joanna Karp: Iga Dzieciuchowicz – reporterka, autorka kontrowersyjnej, dla wielu wręcz wstrząsającej książki Teatr. Rodzina patologiczna. Sama przyznajesz, że nie spodziewałaś się aż takiego echa. To nie jest przyjemna lektura – teatr, przemoc, relacje jak w rodzinie dysfunkcyjnej. Zastanawiałam się nawet, czy tę książkę polecać.
Iga Dzieciuchowicz: Nie jest to przyjemna lektura. Często słyszę, że to książka smutna – o cenie, jaką płaci się za bycie artystą, ale też za bycie częścią polskiego środowiska teatralnego. I to nie tylko o artystach. Piszę również o pracownikach technicznych, administracyjnych, o instytucjach kultury.
To trudna książka, ale – moim zdaniem – bardzo potrzebna i otwierająca oczy. Wiele osób pisze do mnie po lekturze, że „teraz to już nie pójdą do teatru” albo pytają: „jak to możliwe, że artyści mogą być tak okrutni?”. Myślę, że człowiek w ogóle potrafi być okrutny. Branża artystyczna różni się jednak tym, że przemoc była w niej przez lata metodą pedagogiczną. W imię sztuki przekraczano ludzkie granice, stosowano nadużycia, by dzieło było „lepsze”. Wydawało się, że to konieczne.
JK: Mówisz o przemocy, która była systemowo usprawiedliwiana.
ID: Tak. Jeśli pracujemy w korporacji, szef raczej nie przychodzi i nie mówi, że musi na nas nawrzeszczeć, żebyśmy lepiej zrobili kawę albo ułożyli słupki w Excelu. A w teatrze przez lata funkcjonowało przekonanie, że trzeba tak potraktować aktora czy technicznego, że musi panować zamordyzm, żeby efekt był sukcesem artystycznym.
Słyszę czasem, że mobbing jest wszędzie. Oczywiście, że jest. Ale tylko w zawodach artystycznych – i może jeszcze w sporcie – przemoc bywa uznawana za uzasadnioną. Za tresurę, która czyni nas lepszymi.
JK: I wmawia się ludziom, że „tak to działa” i że trzeba być silnym. Kiedy mówiłam o polecaniu książki, miałam na myśli to, że grozi ona utratą autorytetów.
ID: Sama to przeżyłam. Jestem z wykształcenia teatrolożką. Wielu mistrzów, których opisuję, ukształtowało moje myślenie o teatrze. A teatr jest częścią mojej tożsamości. Musiałam to zweryfikować, bo okazało się, że spektakle, które mnie zmieniły i wpłynęły na moją wrażliwość, były tworzone w bólu i na cudzej krzywdzie. To było bardzo trudne. Zastanawiałam się, czy wolałabym, żeby tych spektakli nigdy nie było, ale żeby ludzie nie zostali skrzywdzeni.
JK: I co dziś o tym myślisz?
ID: Wolałabym, żeby niektóre spektakle nigdy nie powstały, niż żeby miały powstawać takim kosztem.
JK: Nad książką pracowałaś cztery lata. Jak wyglądały kulisy? Czy były próby jej zatrzymania?
ID: Były próby, żeby niektóre nazwiska się nie pojawiły. Były osoby, które zgadzały się na rozmowę, a potem się wycofywały. Były też takie, które nie chciały być bohaterami książki, ale chciały, żebym znała ich historię.
Przeprowadziłam prawie 150 rozmów. Książka to tylko esencja tej wiedzy. Nie wszystko mogło się w niej znaleźć, bo musiałaby mieć tysiąc stron. Co ważne, około 90 procent bohaterów zgłosiło się do mnie samo. To oni chcieli mówić.
JK: A osoby oskarżane o przemoc?
ID: Zwracałam się do nich – z różnym skutkiem. O przemocy w teatrze wiedziało się od dekad. Miałam przyjaciół w szkołach teatralnych, wiedziałam, co się tam dzieje. Wszyscy myśleliśmy, że „tak musi być”, że to w imię sztuki. Dziś wiemy, że przez to zmiażdżono wiele talentów. I przyszedł moment, kiedy ten balon musiał pęknąć.
JK: Pękł dzięki konkretnym osobom.
ID: Tak. Między innymi dzięki pracowniczkom Bagateli, które rozpoczęły teatralne MeToo. Wystąpiły pod nazwiskiem i poniosły ogromny koszt – one i ich rodziny. Do dziś korzystają z pomocy psychologicznej. Potem odezwały się aktorki z Gardzienic, studentki, a po liście Anny Paligi temat wybrzmiał bardzo szeroko. To była zmiana międzypokoleniowa.
JK: Dziś mówimy o zmianie systemowej.
ID: I ona już się zaczyna w szkołach teatralnych. Są komisje etyczne, rzecznicy praw studenckich, procedury. Problemem pozostają instytucje kultury – często funkcjonujące jak „państwo w państwie”. Ustawa o działalności instytucji kultury ma ponad 50 lat. To się musi zmienić.
JK: Na koniec – czego najbardziej potrzeba?
ID: Mentalnej zmiany i solidarności środowiska. Artyści i pracownicy teatru muszą stanąć za sobą i walczyć o bezpieczne warunki pracy.
JK: „Teatr. Rodzina patologiczna” nie jest miłą lekturą, ale jest potrzebna. Nawet jeśli grozi utratą autorytetów. Dziękuję za rozmowę, Igo.
ID: Zgadzam się. Dziękuję.
Rozmowa powstała we współpracy z Radiem Łódź.
Książkę zamówicie na kulturalnysklep.pl. Ebook na publio.pl.