Paweł Piotr Reszka w swoim najnowszym reportażu W tym domu już nie straszy podąża tropem historii, które nie zakończyły się wraz z końcem wojny.
Autor rozmawia z potomkami Żydów ukrywających się podczas okupacji oraz rodzinami Polaków uwikłanych w zbrodnie, o których przez dekady milczano. W tym domu już nie straszy. Reportaże o Żydach, Polakach i fatum to książka o pamięci, dziedziczonych traumach i sekretach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Paweł Piotr Reszka pokazuje, jak wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat nadal wpływają na życie współczesnych ludzi, a niewypowiedziana prawda potrafi ciążyć nad rodzinami niczym fatum.
Reportaż Pawła Piotra Reszki to poruszająca opowieść o winie, stracie, odpowiedzialności i próbach zmierzenia się z bolesną przeszłością. Książka dla czytelników reportażu historycznego, literatury faktu i osób zainteresowanych relacjami polsko-żydowskimi. Zainteresuje tych, którzy chcą zrozumieć, jak wydarzenia II wojny światowej wpływają na kolejne pokolenia.
Fragment książki
Krawcowe
Albo kiedyś na wakacjach. Wynajęli dom w Portugalii, wygodny, kilka pokoi, tak by cała rodzina mogła się zmieścić. Ale z nią było ciężko. Ta podejrzliwość, ten brak zaufania, te pretensje, wiadomo, to starsza osoba, mama, kochana babcia, ale jednak… W końcu syn wynajął dla niej pokój, w hotelu niedaleko, mama odpocznie, reszta też. Skarżyła się wciąż, ludzie piętro niżej zmówili się, specjalnie hałasują, by jej zrobić na złość. Zresztą te ostatnich dziesięć lat wciąż taka była, nieufna, podejrzliwa, trudna.
Wnuk dopiero teraz powoli zaczyna rozumieć dlaczego, układają mu się w głowie różne elementy. Skąd u niej ten brak wiary w człowieka. Może to wszystko zaczęło do niej wracać, pogrzeb jej dziecka, którego imienia nikt nie poznał, nocą, w lesie, kryjówka, do której trzeba się było wczołgać po odchodach, płaszcz z futrzanym kołnierzem, tak cenny, że można było za niego zabić, jej młodszy brat, szaleńczo próbujący uciekać, z lejcami zarzuconymi na szyję, odciągany od płotu, przez który chciał przeskoczyć, dobity siekierami.
Może pod koniec życia to wszystko znów zaczęło się pojawiać w jej głowie, zastanawia się wnuk, może teraz w końcu uda się Różę zrozumieć.
Fatum
To potrafi przejść na kolejne pokolenie, na synów, córki, wnuki nawet. Cierpi się, a nawet nie wie człowiek dlaczego, mogą cierpieć też niewinni, a dlaczego nie? Choroby, śmierć, niepowodzenia, wszystko jest możliwe. Proboszcz o tym mówił, przestrzegał. A miało być tak pięknie, dom na wsi, w spokojnej okolicy, nie za blisko miasta, nie za daleko, tak że ósemką da się dojechać szybko do centrum.
Przenieśli się więc z miasta do małego domu na lekkim wzniesieniu. Po kolędzie przyszedł ksiądz. Modlił się, coś za długo, żarliwie jakoś. Dowiedzieli się wszystkiego. To był ten dom, na tym podwórku upadł ten młody, tu stał ten płot, przez który chciał przeskoczyć, życie ratować, stąd go odciągnęli, tam, trochę dalej, zarąbali jego ojca i brata.
Ci, co dom sprzedawali, nic im nie powiedzieli, tyle pieniędzy na zmarnowanie.
I oni muszą teraz żyć z tym cudzym cierpieniem za płotem. Jakoś jednak nieswojo. Śpi się z różańcem, trochę strach. Proboszcz mówił przecież, że wystarczy znaleźć coś, czego się nie powinno, coś, co należało do tamtych, co zginęli, i już można ściągnąć na siebie to. Coś złego, klątwę, fatum. Bo nie ma tak, że taka zbrodnia się przedawnia, że po tej całej krwi przelanej nie ma już nic na tym świecie, jest, jest, kara.
Nie ma tak, że to wszystko ginie w niepamięci.
I lepiej wiedzieć. Bo wiadomo, za kogo się modlić, komu współczuć, kogo winić. Gdy dom kupili i gdy ksiądz im wspomniał o tym wszystkim, zostawili tabliczkę z nazwiskiem starego właściciela, tak na wszelki wypadek, niech on tak będzie napiętnowany symbolicznie, on tu mieszkał, on to zrobił, on za to wszystko odpowiada, nie oni.
I teraz, jak ta cała historia zostanie opowiedziana od początku do końca, wszystko będzie jasne.
Płaszcz
Początek to kwiecień czterdziestego pierwszego, ale ich świat zaczął kruszyć się półtora roku wcześniej, we wrześniu. Gdy Niemcy wkroczyli do Lublina, rodzina mieszkała przy Zamojskiej, w centrum miasta. Róża miała osiemnaście lat, Natan, jej starszy brat – dwadzieścia dwa, Dawid, młodszy, trzynaście. Szprynca, ich matka – czterdzieści dwa, ile lat miał Moszek, ojciec, dziś nie wiemy. Nie wiemy też prawie nic o mężu Róży, tyle tylko, że był krawcem, podobnie jak cała rodzina.
Żyli więc z krawiectwa, ale pracy brakowało. Najbezpieczniej było nie wychodzić z domu. Każdy Żyd musiał się zarejestrować. Każdy mógł zostać pobity bez powodu.
Znajomy gazeciarz, sąsiad z tej samej kamienicy, wzięty przez Niemców do przymusowego odśnieżania, wrócił skatowany, zmarł po trzech dniach, student jesziwy, syn woźnego z ich bóżnicy, z obciętą brodą, pejsami, zmuszony przez żołnierzy do podarcia zwoju Tory, na podwórku, kilka ulic dalej, zakrwawieni ludzie, słaniający się na nogach, dostali nauczkę, od esesmanów albo żołnierzy, co za różnica.
Na wsi było lepiej, spokojniej. Krawcy już wcześniej jeździli tam za pracą, szyli chłopom, oni płacili żywnością. Przyjechał Władek, znajomy gospodarz, wydawał córkę za mąż, miał trochę roboty do zlecenia. Zaprosił ich do siebie. Pojechał ojciec Róży, jej mąż i bracia. Załadowali dwie maszyny, wsiedli na wóz.
Wiemy to wszystko, bo już po wojnie matka Róży złożyła relację o okupacji i swojej rodzinie, została opublikowana we Francji w Księdze pamięci Lublina.
Krawcy byli na wsi kilka miesięcy, kończyli pracę u jednego chłopa, szli do kolejnego, ludzie byli z nich zadowoleni. Co tydzień przyjeżdżali do domu, do Lublina, tu jednak było już tylko gorzej. Rodzina straciła mieszkanie przy Zamojskiej, musieli przenieść się bliżej Starego Miasta, podobnie jak inni Żydzi, tam gdzie powstanie getto.
Uznali, że nie ma na co czekać, trzeba wyjechać z miasta. Był Władek. Dogadali się. Zgodził się ich przyjąć za wynagrodzeniem. Załatwili pozwolenie od władz na wyjazd, było to wiosną czterdziestego pierwszego.
Zapakowali na wóz to, co im zostało z dobytku, maszyny do szycia, szafę, lustro, stół, kanapę, pościel, bieliznę, trochę biżuterii, ubrania, garnitury, jesionki, w tym damski płaszcz z futrzanym kołnierzem.
Nie jechali daleko, to kilkanaście kilometrów na południe od Lublina. Miejscowość nazywała się Krężnica Jara. Władek już na nich czekał, wynajął im dwie izby, akurat dobudował letnią kuchnię do swojego domu na lekkim wzniesieniu.
Całun
Pracy było dość, reperowali chłopskie ubrania, szyli płaszcze, kurtki, czasem garnitur, lepszą sukienkę. Dostawali masło, jajka, mąkę. Innych krawców we wsi nie było. Z Władkiem i jego rodziną układało im się nieźle. Gdy Niemcy zabronili Żydom prowadzenia warsztatów, ukryli maszyny u ludzi i zaczęli wynajmować się do roboty na gospodarce.
Róża urodziła syna. Do Krężnicy przyjechała trochę później z getta w Lublinie. Rodzina liczyła, że uda im się jakoś doczekać końca wojny, wieś ich lubiła.
Jesienią czterdziestego drugiego Niemcy kazali wszystkim Żydom z okolicy stawić się w getcie w Bełżycach. Za pomoc im groziła śmierć.
Rodzina krawców nie chciała iść do getta, domyślali się, co to może oznaczać, Władek też był przeciwny i jego żona Marianna. Ukryjemy was, zaproponowali. Za trochę większe pieniądze. Na podwórzu stał mały budynek, na dole był chlew, na strychu gospodarze trzymali siano, tam przeniósł ich Władek. Ale dla wszystkich miejsca nie starczyło. U Władka zostali bracia Róży Natan i Dawid. Moszek, jej ojciec, nocował tam, gdzie była praca i gdy gospodarze mu pozwolili.
Różę z jej synem, który miał wtedy cztery miesiące, zgodziła się przyjąć Mańczyna, tak wołali na nią ludzie, od nazwiska. Mieszkała na drugim końcu wsi w małej chatce. Chciała dorobić, zgodziła się na meble, pościel i bieliznę. Pomieszkiwała u niej też Szprynca, matka Róży.
We wsi trwały wykopki, gdy dziecko zachorowało. Kaszlało mocno, nie było lekarstw ani lekarza, czuwali przy nim dzień i noc, patrzyli, jak odchodzi. Całun wycięły z białej spódnicy, chłopca ułożyły w drewnianej skrzynce, na worku wypełnionym słomą.
Pochowały go nocą. Skrzynkę zawiniętą w obrus wyniosły do lasu, Mańczyna była ich przewodniczką. Ciężko kopało się w kamienistej ziemi, próbowały kilka razy. Na gałęzi drzewa Szprynca zostawiła kawałek sznurka, by kiedyś odnaleźć grób.
Teraz każdy dzień był wyzwaniem. Mańczyna pozwalała im spać w domu, ale gdy pojawiło się ryzyko, że do wsi mogą przyjechać Niemcy, prosiła, by odeszły, pamiętała jeszcze, by dać im coś do jedzenia.
Błąkały się po okolicy. Czasem ktoś, dawny klient, zgadzał się, aby przenocowały w jego obejściu, stodole czy komórce, zawsze po tym jednak wracały do Mańczyny, a ona mimo lęku przyjmowała je z powrotem. Stała im się bliska jak rodzina.
Władek, u którego wciąż mieszkali bracia Róży, wystraszył się, że ktoś może donieść Niemcom, że przechowuje Żydów. Przenieśli się więc do dziury w ziemi, którą wykopali w krzakach niedaleko jego domu. Raz w tygodniu szli do Mańczyny, żeby się umyć. Gdy było spokojniej, z dziury w ziemi wracali na strych chlewika u Władka. Ale zdarzało się też tak, że nocowali u innych gospodarzy, tam gdzie była praca lub akurat tej nocy było bezpiecznie, w piwnicach, na strychach, w szopie.
Władek karmił ich coraz gorzej. Dawid poskarżył się matce, że głodują. Czuła gorycz, zostawili im wszystko, co mieli, Marianna przecież ją uspokajała, wszystko ci przechowam, mówiła, a jak będziesz chciała coś sprzedać, przyjdziesz i sobie odbierzesz.
I jeszcze była taka smutna, gdy Szprynca i Róża odchodziły, uroniła łzę nawet. Zostawili jej ubrania, koszule nocne, koszule męskie, pościel, poszwy, serwety, obrusy, ręczniki, zastawę stołową. Głodny Natan widywał Mariannę w sukienkach swojej matki, zupełnie jakby te wszystkie rzeczy zmieniły już właścicieli.
Moszek, który pracował u jednego z gospodarzy w okolicy i tam też nocował, musiał się wynieść, zgodziła się go zatrzymać inna chłopka, ale w zamian chciała płaszcz z futrzanym kołnierzem. Był u Marianny, więc Szprynca poszła go odebrać. Przebieg tej rozmowy również znamy z relacji, którą złożyła w Paryżu. Marianna pobladła, po co oddawać płaszcz, odparła, lepiej może niech Moszek tu przyjdzie się ukrywać, tak będzie lepiej.
Zbliżały się święta. Róża i Szprynca robiły u Mańczyny ozdoby z papieru na choinkę, gdy do gospodyni przyszedł sąsiad. Ukryły się pod stołem. Obcy nie powinien ich oglądać. Siedząc pod stołem, dowiedziały się, co się stało, o czym się we wsi mówi. O tym, że dwóch krawców zabili. Kto konkretnie,
tego sąsiad nie powiedział. Była już późna noc, gdy Róża pobiegła do Władka. „Wynoś się!”, krzyknął na jej widok.
Do tej pory Róża i jej matka ukrywały się, teraz będą ukrywać się i prowadzić własne śledztwo, potem będą ukrywać się i walczyć o sprawiedliwość.
Książkę W tym domu już nie straszy zamówić można na kulturalnysklep.pl, ebook i audiobook na publio.pl
Paweł Piotr Reszka – W tym domu już nie straszy. Reportaże o Żydach, Polakach i fatum – premiera 3 czerwca 2026, Wydawnictwo Agora