Primadonna

29 marca 2024

"Primadonna. Biografia Bogusława Kaczyńskiego"

Udostępnij post
Primadonna

„Primadonna” to wielowymiarowa biografia Bogusława Kaczyńskiego. Jednak tym razem historię swojego życia nie opowiada on sam. Zasłonę jego anegdot, mistyfikacji i zupełnych zmyśleń przenika Bartosz Żurawiecki – krytyk filmowy i pisarz.

Bogusław Kaczyński był uosobieniem elegancji, kulturalnym, uśmiechniętym panem od sztuki wysokiej, kolorową gwiazdą zgrzebnej telewizji czasów PRL-u. W socjalistycznym kraju był na tyle „arystokratyczny”, na ile to było możliwe, a po nadejściu III RP świetnie odnalazł się w rzeczywistości kapitalistycznej. Udało mu się również dlatego, że w swoich programach telewizyjnych i tekstach trzymał się operowego, muzycznego, literackiego i filmowego kanonu. Pod tym względem był konserwatystą. Uchodził wprawdzie za wielkiego oryginała, ale za wszelką cenę chciał utrzymać miłość widzów i słuchaczy. Zależnie od epoki szczycił się spotkaniami to z Marią Callas, to z Janem Pawłem II.

Marzył o sławie pianisty, ale to mu nie wyszło. Był szefem festiwali w Łańcucie i Krynicy. Pragnął kierować Teatrem Wielkim w Warszawie, dostał mu się Teatr Roma. Mimo że pozbawiony dorobku naukowego, został prorektorem na warszawskiej Akademii Muzycznej. To, co homoseksualne, zamknął w głębokiej szafie. Był mistrzem autokreacji. Dokładnie rozpisał swoją biografię w wywiadach i książkach – korzystając ze schematu „od pucybuta do milionera”. Podszywał się pod szlachectwo. Nawet gdy opisywał jakieś trudności, to zawsze wychodził z nich zwycięsko. I nigdy nie przyznawał się do błędu.

Fragment książki „Primadonna”

Bogusław konsekwentnie kształtował swoją biografię. W licznych wywiadach i książkach rozpisał ją dokładnie – od lat pierwszych do niemalże ostatnich. Prezentowaną przez niego wersję bezrefleksyjnie, wręcz bezmyślnie powtarzali dziennikarze. Bo też kto by miał wtedy czas i ochotę weryfikować rewelacje Bogusia na własny temat?
Opowieść Kaczyńskiego o sobie to iście hollywoodzka historia o sukcesie, jakże daleka od typowo polskiego celebrowania niepowodzeń i klęsk. Kaczyński wpisał swoją biografię w schemat od pucybuta do milionera, w tym wypadku – od biednego chłopca z prowincji do gwiazdy show-biznesu. Są w tej historii trudy i znoje, są „pociski zawistnego losu” i kłody rzucane pod nogi przez licznych wrogów. Ale wszystko to prowadzi do triumfów, nagród i wyrazów najwyższego uznania. Nasz bohater nigdy nie przyznaje się do błędów, a porażki za każdym razem próbuje przekuć w zwycięstwa, choćby tylko moralne.
Kaczyński trzymał się wytrwale tego scenariusza własnego życia, ale bywało, że gubił się w szczegółach i wpadał w sidła własnych mistyfikacji. Ot, taki przykład. W autobiografii z roku 1992 Wielka sława to żart przytoczył rzekomą wypowiedź słynnego amerykańskiego kompozytora i dyrygenta Leonarda Bernsteina:
„Bogusław Kaczyński jest najbardziej eleganckim mężczyzną, jakiego spotkałem w Polsce. Nigdy nie zapomnę jego opowieści o Callas. Chociaż dobrze ją znałem, razem przygotowaliśmy dla La Scali premierę Medei, pokładałem się ze śmiechu”.
Tymczasem jakiś czas później Kaczyński w sporządzonym dla tygodnika „Przegląd” Alfabecie Kaczyńskiego napisze pod hasłem Leonard Bernstein: „Nigdy nie zapomnę jego opowieści
o Marii Callas, z którą przygotowywał Medeę w La Scali. Do dziś, przypominając sobie tę opowieść, płaczę ze śmiechu”.
Hm… To kto komu opowiadał o Callas? Kaczyński Bernsteinowi czy Bernstein Kaczyńskiemu? Kto się pokładał ze śmiechu? I, przede wszystkim, co to była za opowieść?!
Prawda jest taka, że Bogusław rzeczywiście poznał Bernsteina na bankiecie w 1989 roku. Sławny dyrygent i kompozytor przyjechał wtedy do Warszawy, by wziąć udział w koncercie w Teatrze Wielkim w 50. rocznicę wybuchu drugiej wojny. I faktycznie panowie chwilę porozmawiali o „boskiej” Callas, którą ponoć trudno było w czasie oklasków oderwać od kurtyny, bo tak była na nie łasa. Boguś wiedział, jak to krótkie spotkanie z legendarnym artystą obrócić na swoją chwałę.
Był fantastą. Niczym baron Münchhausen zmyślał na potęgę i z premedytacją. Jest coś w jego autokreacji jednocześnie potwornie irytującego, jak i nieodparcie fascynującego, a nawet perwersyjnego. Dzięki niej jawi się jako postać tyleż zachwycająca, co złowieszcza. Jako diwa, ktoś „większy niż życie”, kto za swoją wyjątkowość płaci samotnością na szczytach.
Wayne Koestenbaum w książce The Queen’s Throat: Opera, Homosexuality, and The Mystery of Desire zauważa jednak: „Diwa nigdy nie jest samotna. Samotność diwy zaludniają odbicia jej samej”.
I życie Kaczyńskiego jest tego najlepszym dowodem.