gęsiego

3 kwietnia 2023

"Gęsiego. Z miasta na wieś" - Marcin Wójcik

Udostępnij post
gęsiego

„GĘSIEGO”. KRONIKA WIEJSKA WÓJCIKA

„Gęsiego. Z miasta na wieś” to nowa książka Marcina Wójcika, reportera znanego z łamów „Dużego Formatu” i autora m.in. książki „Celibat”. „Gęsiego” to reporterska relacja z nowego rozdziału w życiu autora – życia na wsi.
Marcin Wójcik, syn rolników, po latach funkcjonowania w wielkim mieście wraca na gospodarstwo. Tym razem swoje własne. „Gęsiego” to zabawna i mądra opowieść o tym, jak w rzeczywistości taki powrót wygląda. Marcin Wójcik musi pokonać szereg trudności, począwszy od ukończenia studiów rolniczych, przez remont zrujnowanego domu, zdobycie odpowiednich gatunków roślin i zwierząt, zakup gnojowicy, walkę ze słupami wysokiego napięcia w sąsiedztwie.
Musi się też zmierzyć z oburzeniem warszawskich znajomych na wieść o tym, skąd się bierze mięso na jego stole i co ma ono wspólnego z biegającymi niedawno po podwórku gęsiami i kurami.

Z MIASTA NA WIEŚ

W obejściu Wójcika nigdy nie jest nudno. Podobnie jak w kolejnych odsłonach jego wiejskiej kroniki, którą przeplata opowieściami o innych ludziach, którzy tak jak on zamieszkali na wsi. Są tu reportaże o tych, którzy przenieśli się z Paryża na Warmię i hodują owce, o tych, których dusi smród z wielkich ferm, o tych, którzy budują mikrodomki, o tych, którzy prowadzą salon piękności dla krów, czy też zastanawiają się na forum internetowym, ile partnerek powinien mieć zdrowy perlik. „Gęsiego” to ciepła i pełna dystansu opowieść dla mieszczuchów fantazjujących o życiu za miastem oraz mieszkańców wsi, którzy dzięki lekturze książki Marcina Wójcika mogą zobaczyć swój świat w zupełnie nowym świetle.

fot. Mateusz Skwarczek_Agencja wyborcza.pl

CIENIE I BLASKI ŻYCIA NA WSI

Ten pomysł mógł się zakończyć spektakularną katastrofą. Bo ile razy słyszeliście o mieszczuchu, który postanawia rzucić wszystko, wyjechać na wieś i oczywiście od razu wszystko to opisać w książce? Marcin Wójcik to jednak doświadczony reporter – udaje mu się więc spektakularnie ominąć wszystkie pułapki i mielizny wpisane w ten projekt. A jakie przy tym kręci fantastyczne piruety! Przede wszystkim jednak Gęsiego to mądra i zabawna książka – traktuje o wysiłku – takim najprostszym, życiowym trudzie związanym z byciem, ogarnianiem świata wokół siebie i zdobywania pożywienia. W czasach, w których mamy wszystko podane pod nos to wielka wartość – przypomnieć sobie ten trud. Nadchodzi jednak era narastającego dyskomfortu, lekcja, którą Wójcik przerabia na sobie, dla nas, jest więc bezcenna. Przeczytajcie tę książkę zanim kupicie ziemię za miastem.

Filip Springer

Lubię tę książkę. Na pewno sięgną po nią ci, którzy rozważają wyniesienie się na wieś, i słusznie, bo znajdą tu liczne praktyczne wskazówki, tropy, którymi warto podążyć i obraz zagrożeń, których lepiej uniknąć. „Gęsiego” to też istotny głos w dyskusji o jedzeniu lub niejedzeniu mięsa. Ale przeczytawszy tę opowieść, wciąż marzę, że tak jak do mnie, trafi ona do posłów i ministrów, bo zmiana kilku regulacji prawnych mogłaby znacząco poprawić nasze szanse na dobre jedzenie i życie w czystszym świecie. I tego sobie i Autorowi życzę.

Agnieszka Kręglicka
fot. Mateusz Skwarczek_Agencja wyborcza.pl

Fragment książki „Gęsiego. Z miasta na wieś”

POWRÓT DO CHŁOPSKICH KORZENI
Kupiłem dom między Bugiem a Narwią, na skraju puszczy, na Kurpiach Białych – miejscowi mówią „u zajęcy”, bo w łąkach, daleko od sąsiadów. W komplecie obora, stodoła, ziemianka, sad, pięć hektarów ziemi w jednym kawałku i stado myszy zdziwionych, że ktoś tu się pojawił. Przez rok nie miałem odwagi powiedzieć rodzicom, że wróciłem do chłopskich korzeni. Zdradziły mnie gęsi. Ale o tym później.
Przyjechałem zobaczyć siedlisko wiosną. Dom wydawał się smutny i szary jak kupa popiołu.
– Pan się nie martwi, przez wieś mają zrobić asfalt. Wójt obiecał, że wyleje do grudnia – powiedziała właścicielka, patrząc na moje zakurzone buty.
Kiedyś hodowano tu krowy, świnie, kury. Był czas, że gospodarze tuczyli gęsi, by potem sprzedać już ubite na Bazarze Różyckiego w Warszawie. Przed Bożym Narodzeniem szły jak świeże bułeczki. Ale to czasy mięsa na kartki.

Zwiedzanie zaczęliśmy od obory, podzielonej na kilka pomieszczeń, każde z oddzielnym wejściem.

Pajęczyny w drzwiach zdradzały, że dawno nikt tędy nie przechodził. W największym pomieszczeniu mieszkały kiedyś krowy, ze ścian zwisały zardzewiałe łańcuchy do uwięzi, a spróchniałe pale i deski to pewnie pozostałość po żłobach. Właścicielka chodziła po dawnych legowiskach i przed każdym jej krokiem rozbiegały się myszy. Szukając schronienia, nurkowały w ściółce, której nikt przez lata nie wyrzucał. Jako cierpiący na nieuleczalną mysią fobię chyba po raz pierwszy w życiu nie byłem bardziej przerażony niż myszy.
Wyszliśmy z obory w stronę murowanej stodoły. Jej wielki cień padał na podwórko. Kiedyś były w niej słoma, siano, wozy drabiniaste. Teraz stała niemal pusta, w zasiekach leżały resztki słomy, pozostałość po dawnym życiu gospodarstwa, tak dawnym, że wystarczyło jej dotknąć, by wzbiła się chmura kurzu. Podobnie jak w oborze czuć tu było zapach mysiej obecności.
A dom zostawiliśmy na deser. Podpiwniczony, parterowy, z 1979 roku. W centrum przedpokój obity plastikową boazerią, z niego wejście do łazienki, kuchni i dwóch pokoi; trzeci, przechodni, łączył kuchnię z salonem.
Dom był zbyt szczery jak na pierwsze spotkanie: zapadające się podłogi, wilgoć na ścianach, spróchniałe okna, nieczynna łazienka, bo szambo „zamuliło” i rdza przeżarła rurę odpływową, przez co zawartość rury kapała w piwnicy, tworząc rdzawą kałużę. Na ścianach wisiały wyblakłe od słońca obrazy świętych i popularny kiedyś krzyż ze świecącym nocą Chrystusem – miałem ochotę pomodlić się do niego, by mnie oświecił i odwiódł od pomysłu kupna siedliska.

Ale dom miał coś w sobie

Słońce i łąki wchodziły do środka przez pozbawione firanek okna; do kuchni wchodził stary sad; kaflowy piec kuchenny za każdym razem, gdy się na niego spojrzało, mówił na zachętę: „Ugotuję ci rosół w mroźne dni”. Mówił też salon: „Pod oknem postawisz stół dla gości, przy drzwiach zrobisz kominek”. Sypialnia, do której wchodził orzech włoski, również przemawiała: „Postawisz wielkie łóżko. Takiej wielkości jak twój mały pokój w bloku”. Zachęcał nawet strych zawalony starymi kołyskami, kołowrotkami do przędzenia wełny, żeliwnymi bańkami na mleko, zeszytami szkolnymi z lat osiemdziesiątych; była tam też tekturowa walizka z wytartą rączką – znak, że ktoś często podróżował i wracał na swoje Kurpie Białe. Na strychu najgłośniej przemówiły pożółkłe książki porozrzucane po kątach: Gospodarski chów kur z 1962 roku, Intensywna uprawa ziemniaków z 1972, Ulepszajmy nasze obory z 1976, Uprawa warzyw pod szkłem i folią z 1979, Zofia Dzięgielewska radzi młodym gospodyniom z 1990.
Poszliśmy zobaczyć ziemię. Obchodząc jej granice, poczułem w nogach, co to jest pięć hektarów. Łąki na północnej stronie kończą się lasem, na południowej niewielką rzeką Strugą, która jest dopływem wielkiej Narwi. Kiedy staliśmy nad brzegiem Strugi, akurat przepływała ławica ryb, doskonale widoczna w przezroczystej wodzie. Rzeczka nie była głęboka – zapewne przez żeremia bobrów powyżej.
– Rzeka również byłaby moja? – zapytałem nieśmiało właścicielkę, wpatrzony w ławicę, która wiła się w miejscu.
– Uważaliśmy ją za swoją. Tam dalej jest kładka. Sąsiad przegania krowy na pastwisko. Mieliśmy podobną. Szło przejechać wozem drabiniastym. Chłopaki chodzili tędy do szkoły.

No i na miedzach stały dęby.

Naliczyłem pięć. Dwa najstarsze chyba pamiętają powstanie styczniowe, kiedy te ziemie wchodziły w skład Królestwa Polskiego. Tu niedaleko, w Sieczychach, nadal stoi dąb, na którym Rosjanie wieszali powstańców ukrywających się na pobliskich Pulwach. Czasu zapisanego w pniach moich dębów nie da się objąć uściskiem jednego człowieka. Gdyby potrafiły mówić, opowiedziałyby o Kurpiach, którzy żyli w Puszczy Białej, wybierali miód z dziupli, polowali, robili z łyka lipowego buty, na które mówili „kurpsie”. A nazwa Puszcza Biała pochodzi od bielących się wydm piaskowych.
Właścicielka od dawna już tu nie mieszkała, kilkanaście lat wcześniej przeniosła się bliżej stacji PKP. Wychowała na gospodarstwie trzech synów. Sama, bo mąż zmarł, kiedy najmłodszy miał osiem miesięcy. Rano wstawała do zwierząt i dzieci, później biegła do pracy, wracała po południu i znowu zwierzęta i dzieci. Nawet dojście na przystanek autobusowy było wyzwaniem – piaszczysta droga i odległość. Skrót prowadził przez łąki.
– Chłopaki, jak jeździli do szkół średnich, to szli przez łąki w gumowcach. W torbie mieli czyste buty, zmieniali na przystanku, gumowce zostawiali za przystankiem. Nie oni jedni.
Opowiadała o świecie, który przeminął: swoim dzieciństwie, rodzicach, braciach. Powiedziała, że oddałaby wiele, żeby móc wrócić na ojcowiznę. Liczyła na to, że któryś z synów będzie chciał się osiedlić na ziemi dziadków, ale wybrali Warszawę.

Myśląc o przeprowadzce na wieś, nie brałem pod uwagę zmiany zawodu.

Nie zamierzałem utrzymywać się z rolnictwa, od początku chciałem łączyć wieś z tym, co robiłem do tej pory. Reportaże do gazety mogę pisać przy biurku z widokiem na łąki zamiast przy biurku z widokiem na ulicę, bez możliwości otwarcia okna po dziewiątej, bo hałas stawał się nieznośny. Chciałem być blisko stolicy z powodu ogromnego sentymentu, jaki mam do Warszawy. W ciągu godziny dojeżdżałbym do jej granic i ta bliskość była jednym z kryteriów przy poszukiwaniu siedliska. Chciałem mieszkać pięknie jak na Mazurach, a zarazem blisko Warszawy. Tego miejsca szukałem przez trzy lata. Przez ten czas odwiedziłem kilkanaście innych siedlisk.
Pod Garwolinem bałem się bliskości elektrowni w Kozienicach.
Pod Ciechanowem stały w rzędach kosmiczne kurniki.
Pod Pułtuskiem nie było gminnej drogi dojazdowej do działki i musiałbym liczyć, że właściciel drogi nadal będzie miły.
Pod Siedlcami znowu zobaczyłem kurniki.
Pod Węgrowem pejzaż psuły wiatraki.
Pod Mińskiem miała powstać autostrada.
Pod Sochaczewem zbyt blisko pędziły pociągi Warszawa – Berlin.
Pod Długosiodłem wszystko było idealne.
Od tego dnia moje warszawskie mieszkanie stało się ciasne. Balkon, który wydawał się duży, skurczył się, a widok na drzewo otoczone biurowcami uświadamiał mi ograniczenia. Życie w mieście to jednak życie w betonie, sztuczna wyspa oddzielona murem od piękna i zjawisk przyrody. Takie myśli przychodziły do mnie za sprawą nowego punktu odniesienia. Wracało też przekonanie, chociaż przepędzane: „Muszę kupić siedlisko pod Długosiodłem”. Pieniądze na kupno mogłem mieć ze sprzedaży mieszkania. Musiałem tylko rozstać się z wymarzonym M2, blisko kawiarń na Saskiej Kępie, parku Skaryszewskiego, domów przyjaciół. Z jednej strony ciągnęło mnie na wieś, z drugiej smutno mi się robiło na myśl o porzuceniu miasta, które do tej pory było dla mnie wszystkim.

fot. Mateusz Skwarczek_Agencja wyborcza.pl