Nemezis

4 kwietnia 2023

"Nemezis" - nowa powieść Macieja Siembiedy

Udostępnij post
Nemezis

26 kwietnia ukaże się nowa powieść sensacyjna Macieja Siembiedy „Nemezis”.

NEMEZIS – BOGINI ZEMSTY, SPRAWIEDLIWOŚCI I PRZEZNACZENIA – OBDARZY WAS TYM, NA CO SAMI ZASŁUŻYLIŚCIE

Trzeba się spieszyć. Póki jeszcze żyją ci, którym trzeba zapłacić. Oko za oko. Śmierć za śmierć.

O Brunie i Herbercie przestępczy światek opolskiego Zaodrza mówił „bracia Janoschek”, jakby byli jednym. I prawdą było, że poszliby za sobą w ogień. Gdy Herbert ginie, Bruno poprzysięga zemstę – na dziesięciolecia staje się ona jego obsesją, w każdej z brawurowych ról, jakie napisało dla niego życie: fenomenalnego artysty cyrkowego rzucającego nożami w przedwojennym berlińskim cyrku, hitlerowskiego komandosa w czasie II wojny światowej z legendarnego oddziału Otta Skorzenego, PRL-owskiego więźnia, wreszcie uczestnika niebezpiecznej gry o przyszłość Śląska w nowej Europie.
Dlaczego Bruno musiał uciekać z domu? Jak doszło do tego, że ukochany brat pozbawił go narzeczonej? Jaką tajemnicę nosiła w sercu przez dziesiątki lat Greta, dziewczyna ich obu i czemu nagle wybrała drugiego? Jak los skrzyżuje drogi Bruna i rodziny spolszczonych Greków Tosidowskich, znanych czytelnikom z sagi „Katharsis”?
Wreszcie: czy w życiu Bruno Janoschka chodzi tylko o zemstę? A może stał się on narzędziem w rękach znacznie potężniejszych sił?
„Nemezis” to pasjonujący epicki thriller z tajemnicami historii i i najmroczniejszymi figurami starożytnej mitologii w tle, w którym, jak zwykle u mistrza intrygi Macieja Siembiedy, fikcja miesza się z prawdą a zagadki tożsamości i uwikłanie bohaterów w najgorętsze i najbardziej niebezpieczne namiętności, znajdują wyjaśnienie w mocnym i zaskakującym finale.

„Nemezis” to prawdopodobnie jedyna rzecz, która wciąga bardziej niż chodzenie po ruchomych piaskach. Absolutnie nieodkładalna historia, w której fikcja literacka miksuje się z autentycznymi wydarzeniami historycznymi, a całość napędza żądzą zemsty. Czy istnieje lepszy motywator do działania? Powiedzieć, że ta książka jest dobra, to nie powiedzieć nic. Zarwałem nockę czytając na bezdechu, takie emocje. Jeśli „Nemezis” nie zostanie najlepszą polską książką roku 2023, zjem własną skarpetę. Róbcie screeny.

PigOut

Maciej Siembieda ponownie wzbudza zachwyt tą spektakularną powieścią o sile braterstwa i pragnieniu zemsty, która zatruwa serce niczym trucizna. Wirtuoz słowa! Dla takich książek warto czytać.

Małgorzata Tinc, blog ladymargot.pl

Maciej Siembieda to mój ulubiony autor i według mnie – jeden z najlepszych polskich pisarzy. Rozległa wiedza w połączeniu z łatwością wymyślania historii, pozwala mu tworzyć epickie opowieści oszałamiające swoim rozmachem i zaskakującym finałem. Tak jest i tym razem.

Mieczysław Gorzka
Fragment książki „Nemezis”:

Prolog

Czterdzieści osiem lat później Bruno Janoschek zupełnie nieoczekiwanie przypomniał sobie twarz włoskiego żołnierza z Campo Imperatore.
Był wrzesień, ciepły nawet wysoko w Apeninach. Żołnierz miał rozpiętą bluzę munduru, pod nią biały podkoszulek poplamiony krwią albo sosem pomidorowym. Janoschek nie zdążył się nad tym zastanowić, bo kiedy Włoch wyskoczył zza węgła, unosząc broń, została sekunda na podjęcie decyzji.
Bruno wykonał krótki zamach prawą ręką, w której trzymał nóż zrobiony z kawałka stali owiniętej plastrem opatrunkowym zamiast rękojeści, i rzucił nim w kierunku Włocha. Ostrze wbiło się w jego ramię. Upuścił pistolet maszynowy i skulił się z bólu. Nie krzyknął.
Dowódca, który biegł obok Bruna, posłał mu spojrzenie pełne uznania.

Tak właśnie miało się to odbyć. Błyskawicznie i po cichu. Oczywiście nikt nie wierzył, że karabinierzy broniący ośrodka narciarskiego i jego największej tajemnicy nie otworzą ognia. Ale na razie nie padł ani jeden wystrzał.
Bruno odpowiedział na spojrzenie kapitana krótkim skinieniem głowy i wyprzedził go o pół kroku. Wraz z dwoma innymi komandosami SS dopadli do ściany budynku. Ruszyli wzdłuż niej, szukając bocznego wejścia do hotelu. Ale drzwi nie było. Pędem minęli załom obiektu i stanęli jak wryci.
Przed nimi wznosił się trzymetrowy betonowy cokół zwieńczony balustradą tarasu. Tam musiało być wejście. Komandos po prawej stronie Janoschka skoczył w stronę muru, mocno zaparł się na rozstawionych nogach i pochylił, opierając dłonie nad kolanami.
Dowódca w tej samej sekundzie zrozumiał, na czym polega jego plan.
Ruszył z impetem, wskoczył na plecy żołnierza i odbił się od nich, chwytając dłońmi balustradę. Był wielkim, dwumetrowym i stukilowym mężczyzną, a jednak wspiął się po betonowej ścianie z małpią zręcznością. Mimo trzydziestu pięciu lat zachowywał niebywałą sprawność i odwagę. Nie bał się nawet samego diabła. Nie bez powodu Amerykanie i Anglicy uważali go za najbardziej niebezpiecznego człowieka w Europie.
Przerzucił ciało przez barierkę, mignął podeszwami butów i zniknął, nie czekając na komandosów, którzy mieli go osłaniać. Ci wdarli się na betonowy bastion dobre pół minuty później. Część ruszyła za kapitanem w głąb hotelu. Reszta rozstawiała karabin maszynowy, żeby związać ogniem prawie dwustu Włochów pilnujących obiektu.
Ale karabinierzy nie mieli ochoty na bohaterską śmierć.
Patrzyli ponuro na Niemców, swoich niedawnych sojuszników, kładli broń na ziemi i podnosili ręce. To była roztropna decyzja. Na płaskowyżu pod szczytem Gran Sasso lądowały i rozlatywały się na kawałki kolejne szybowce, z których wyślizgiwali się na brzuchach i wypełzali na czworakach już nie tylko komandosi SS, ale też spadochroniarze Luftwaffe. Elita elit.
Janoschkowi przypomniało to scenę, na jaką natknął się w dzieciństwie na leśnej polanie koło Opola: wielka i gruba żmija, która teraz skojarzyła mu się z kadłubem szybowca, rodziła jaja, które pękały, a z nich wylęgło się kilkanaście młodych osobników. Na samo wspomnienie przeszedł go dreszcz.
Tymczasem zieleń polany w Apeninach zbladła od niemieckich mundurów. Żołnierze sił specjalnych błyskawicznie podnosili się z ziemi, otrzepywali dłonie i biegli w stronę ośrodka narciarskiego Campo Imperatore. Uwijali się jak w ukropie, zajmując najlepsze stanowiska strzeleckie lub zaganiając poddających się Włochów jak owczarki stado owiec.
Nagle wszystko się uspokoiło jak na stopklatce.
Bruno poszukał wzrokiem przyczyny i znalazł ją tam, gdzie patrzyli już wszyscy. Na betonowym cokole pojawił się rozpromieniony dowódca, a obok niego o wiele niższy mężczyzna w płaszczu i kapeluszu. Przełknął ślinę i spojrzał na swojego wybawcę, kapitana SS.
– Wiedziałem, że mój przyjaciel Adolf Hitler nie zostawi mnie w potrzebie – powiedział wzruszony.
Bruno Janoschek rozpoznał Benita Mussoliniego.
Wiedział z odprawy oddziału, że wyruszają na trudną, niemal samobójczą misję. Że mają odbić kogoś bardzo ważnego. Ale nie spodziewał się, że będzie to wódz faszystowskich Włoch, zdradzony i uwięziony przez swoich rodaków. Przez chwilę stał jak skamieniały.
Tymczasem komandosi SS i spadochroniarze Luftwaffe triumfowali na dziedzińcu hotelu.
Uśmiechali się szeroko i klepali po plecach. Znów byli panami świata. Znów byli górą w tej wojnie. Ich legendarny kapitan, na prośbę samego Führera, dokonał cudu, namierzając miejsce uwięzienia Mussoliniego. A potem zaplanował i przeprowadził błyskawiczną akcję jego odbicia na niedostępnej górze Gran Sasso, do której można się było dostać tylko kolejką linową.
Jej wagonik właśnie dotarł do stacji narciarskiej i wysypali się z niego kolejni niemieccy żołnierze wraz z fotografem, który rozemocjonowany zaczął pstrykać zdjęcia.
Bruno Janoschek patrzył na entuzjazm kolegów, gdy jego wzrok w pewnej chwili zatrzymał się na twarzy karabiniera, w którego rzucił nożem. Włoch był blady i przygnębiony. Ktoś założył mu opaskę uciskową, tamując upływ krwi, której sporo zakrzepło na betonowym chodniku prowadzącym do hotelu.
Bruno drgnął. Chciał podejść do karabiniera, aby odzyskać nóż, który wykonał własnoręcznie i doskonalił przez ostatnie dni, ale powstrzymał go wyraz twarzy Włocha. Malowała się na niej skrajna rezygnacja. Ten człowiek miał wszystkiego dość. Wojny, swojego w niej udziału, porażek, triumfów, a może nawet życia.
Szeregowy Janoschek, komandos specjalnego oddziału SS kapitana Otta Skorzenego, uznał, że dobrze wyważony kawałek ostrej stali jest mniej ważny od tych uczuć.